poniedziałek, 12 marca 2012

Życie jako dzieło

"Filozof jest filozofem najpierw dla siebie, potem dla innych. Nie można istnieć wyłącznie dla siebie. Jako człowiek bowiem pozostaje on w relacji do innych ludzi. Chodzi mi o to, że nawet izolując się ściśle niczym pustelnik, daje on przez to pewną naukę, pewien przykład i jest filozofem także dla innych. Może robić, co tylko zechce, ale jego bycie filozofem ma stronę zwróconą ku ludziom.
Wytworem filozofa jest jego ż y c i e (najpierw, przed jego d z i e ł a m i). To jest jego dzieło sztuki. Każde dzieło sztuki jest zwrócone w pierwszym rzędzie do artysty, potem do innych ludzi. (...)"
Fryderyk Nietzsche, Pisma pozostałe 1862–1875

Cóż, lepiej tego nie ujmę, więc może po prostu wrócę do dalszego tworzenia.

wtorek, 28 lutego 2012

Eksperyment socjologiczny

Tak się jakoś dziwnie składa, że od dni paru mam codzienną okazję, by rozmawiać z ludźmi, których niechętnie sam bym zagadnął, raczej w wielkiej potrzebie i z ogromnego przymusu. Mam na myśli amatorów tanich win, jak również amatorów markowej odzieży sportowej.
Ot, na przykład pijaczek, który pod wpływem rozbijał się po nocnym zabrzańskim tramwaju, a później zagadywał nielicznych już pasażerów z prośbą o drobne na napój orzeźwiający - miał smutne brązowe oczy; czy ktoś to zauważył?
Albo chłopak, który na zajezdni w Gliwicach wyłożył swą życiową filozofię w temacie palenia na przystankach; pierwszy raz zostałem zapytany, czy mi to nie przeszkadza - niesamowite, jak na tylu nałogowców w społeczeństwie..!
 
Nie, bynajmniej nie zamierzam tu gloryfikować uzależnień - są oznaką słabej woli i szkoda mi tych jegomościów, szczególnie współpasażera z tramwaju. 
Pomyślałem jednak: "Jak bardzo wszyscy jesteśmy sobie potrzebni!"

Okej, zakładam na potrzeby eksperymentu, że reprezentuję którąś z popularnych subkultur - co prawda nie utożsamiam się szczególnie z zasadami którejkolwiek z nich, ale dla nieznających mnie ludzi to nieistotne, bo liczy się przecież pierwsze wrażenie: kiedy zastanowię się przez chwilę, otrzymuję szerokie spektrum określeń, jakie nieraz słyszałem lub mógłbym usłyszeć za plecami, idąc ulicą. Mniejsza z tym. 
Na potrzeby eksperymentu załóżmy, że jesteś, Drogi Czytelniku, tak pozornie nieskomplikowany, jak okładka książki względem jej treści. Otóż społeczeństwo przelotnym spojrzeniem postrzegać będzie wyłącznie okładkę, a i tę najczęściej z jednej, brudniejszej strony.

Dalej: pośród nas funkcjonują różne archetypy społeczne - komedia dell'arte, każdy gra rolę (tak, w dalszym ciągu polecam autobusy!).
Aby rozwinąć wyobraźnię oraz poszerzyć świadomość inności drugiego człowieka*, proponuję ćwiczenie: przedstaw sobie scenę (może nią być szkoła, ulica, komunikacja miejska, czy co też dusza zapragnie), na której pojawiają się dwie osoby z różnych grup społecznych, subkultur itp. - ważne, byleby było różnie.  Jak te osoby się zachowają wobec siebie, co powiedzą? A jak mogłyby się zachować, wykazując chęć otwartego kontaktu z drugim człowiekiem? Wreszcie, co trzeba by zmienić?
Dobrze, po takiej rozgrzewce ustaw się na scenie - będziesz grał siebie samego. Nie koloryzuj, rób to rzetelnie i zgodnie z prawdą!
Zadaj powyższe pytania.

Co trzeba zmienić? Tego, mam nadzieję, dowiesz się, a stąd już tylko krótka droga, by myśl stała się Twoim nowym zwyczajem.

---
* W dawnych czasach handel narodził się z uwagi na fakt, że ktoś miał coś innego, czego potrzebowaliśmy, nie mając tego, a co mogliśmy uzyskać w zamian za coś, co było naszą własnością. 
Niejako wzajemnie ubogacanie się - to chyba klucz do zrozumienia.

Dwie chwile

W życiu przydarzają się nam różne zdarzenia. Te pomyślne czy też przykre - znasz je dobrze, Drogi Czytelniku. Każdemu zdarzeniu można by przypisać pewną wagę, ocenić je subiektywnie na tle całości życia, a wtedy okaże się, że nie wszystkie będą równe - pewne wydarzenia mają dla nas szczególne znaczenie.

Najzupełniej dobrą wiadomością wydaje się być fakt, że każdego z nas na pewno spotkają w życiu dwa wydarzenia - to najradośniejsze oraz  to najsmutniejsze. Nie mam tu na myśli jakichś szczególnych przykładów, na przykład narodzin czy śmierci; czy jest ktoś, kto pamięta swoje narodziny..? Lub czy jest ktoś, kto czerpał życie pełnymi garściami jak spragniony wędrowiec źródlaną wodę, i u schyłku swoich dni będzie czuł coś innego poza lekkim ukłuciem żalu, że można było żyć pełniej..?
Nie, nie ma uniwersalnych przykładów; każdy musi odkryć je sam.

To przecież raptem dwie chwile - bo czym jest te parę godzin, dzień, nawet tydzień w perspektywie przeciętnej długości ludzkiego życia? Ba, często to co najważniejsze, rozgrywa się pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem oka.

O obydwóch wydarzeniach należy  p a m i ę t a ć, bo jak żadne inne uczą sztuki życia: najsmutniejsze trzeba przeżyć, żeby naprawdę doceniać co się ma. Najradośniejsze z kolei - jak cudowny bagaż, który poniesiemy ze sobą aż tam, gdzie przyjdzie nam się udać po życiu; niczym pamiątka ze słonecznych wakacji nad morzem, nosząca jeszcze gdzieniegdzie na swej powierzchni okruchy złotego piasku.

Hasło na kolejne jutro: Amor fati !

środa, 15 lutego 2012

Sprawy życia i śmierci

"Nie trzeba opisywać, z jakim uczuciem patrzałem na te marmurowe tablice w przeddzień wyjazdu do Nantucket i w mrocznym świetle pociemniałego, ponurego dnia odczytywałem losy wielorybników, którzy odeszli przede mną. Tak, Izmaelu, ten sam los może stać się twoim udziałem. Ale jakoś rozpogodziłem się znowu. Rozkoszna to zachęta do wyprawy, wyborne perspektywy awansu, jak się zdaje; zaiste, strzaskana łódź da mi patent na nieśmiertelność. Tak, śmierć tkwi w tym wielorybniczym rzemiośle - bezmowne, szybkie, chaotyczne załadowanie człeka do Wieczności. Ale co potem? Coś mi się widzi, żeśmy się grubo pomylili w tych sprawach Życia i Śmierci. Coś mi się widzi, że to, co tu, na ziemi, nazwano moim cieniem, jest moją właściwą treścią. Tak mi się wydaje, że gdy oglądamy rzeczy duchowe, zbyt się upodabniamy do ostryg, które przypatrując się słońcu poprzez wodę, sądzą, że ta zwarta toń jest najprzejrzystszym powietrzem. Zdaje mi się, że ciało moje to jedynie osad lepszej części mojej istoty. Toteż niech ciało moje zabiera, kto zechce, niech je zabiera, powtarzam; ono mną nie jest. I dlatego niech żyje Nantucket! A strzaskanie łodzi i strzaskanie ciała niech przyjdzie kiedy wola; albowiem duszy mojej nawet sam Jowisz roztrzaskać nie jest w stanie."
Herman Melville, Moby Dick czyli biały wieloryb

niedziela, 5 lutego 2012

O celu

Każdy z nas jest inny. Każdy przybywa z innej strony i inną stronę zmierza. Inny blask przyświeca nam na widnokręgach naszych wartości i dążeń niczym płomienie morskich latarń. Natomiast cel...

Cel życia można wyobrazić sobie jako wielką górę, ze szczytem wetkniętym w białe obłoki. W kierunku góry dąży się nieustannie. Nieraz zniknie za mgłą, a czasem jesteśmy zbyt słabi, by unieść głowę tam, gdzie spodziewamy się ujrzeć kres wędrówki. Jednak pozostaje nieomylna świadomość, że cel zawsze tam jest - i czeka na nas.
Mniejsze, pośrednie cele są jak mijane po drodze samotnie stojące dumne i wiekowe drzewa, pokornie uczynne kamienie milowe, czy skromne drewniane chaty, dawno opuszczone przez ich niestrudzonych budowniczych. Utwierdzają nas w pewności, że cały czas idziemy naprzód.
Ale cel wcale nie musi być górą, nie musi być wielki - ot, taka perła z przypowieści, która warta jest wszystkiego, co my, kupcy życia, posiadamy. Trudno to sobie wyobrazić, ale to możliwe. Takiego celu nie zobaczymy w oddali. Jak go odnaleźć?

"Żaden wiatr nie jest dobry dla okrętu, który nie zna portu swego przeznaczenia" - powiedział Konfucjusz.
Najważniejsza jest świadomość celu.

Im bardziej odległy i niedostępny wydaje się cel, tym łatwiej przychodzi rezygnacja, a po piętach depcze nam zwodnicze zwątpienie. Warto wtedy przysiąść, zastanowić się i odpowiedzieć na cztery krótkie pytania:
  • Co oznacza dla mnie 'życie'?
  • Co jest dla mnie ważne?
  • Co lubię najbardziej?
  • Co umiem najlepiej?

Śmiało! Odpowiedzi to współrzędne celu na Twojej mapie.
Skoro została ona poprawnie zorientowana - możesz iść dalej.

niedziela, 15 stycznia 2012

Antyteza braku kultury

Ludzi w moim wieku przeważnie nie bulwersuje postępująca wulgaryzacja codzienności i międzyludzkich obyczajów, albo przynajmniej nie chcą tego po sobie okazywać. Ja... cóż, najwidoczniej urwałem się z innej epoki. Przeraża mnie powszechne przyzwolenie na brak kultury, który co i rusz panoszy się w naszej rzeczywistości.

Rozpoczynając edukację na uczelni, miałem okazję poznać niezwykle kulturalnego człowieka. Profesor Ś. (z oczywistych względów mniejsza o nazwisko) prowadził dla nas wykłady z anatomii na pierwszym roku. Przyznam, nieraz usnąłem! jednak nie była to wina prowadzącego, a mego małego stopnia zaawansowania w niespaniu, jak i wykładów o tragicznych porach... Nieważne!
Profesor wtajemniczał nas (tak, to dobre słowo!) w arkana budowy ludzkiego ciała (bez prezentacji ani innych wizualizacji graficznych, po to, by lepiej sobie wszystko wyobrazić i zapamiętać; sic! ), przy czym mówił dużo i nieraz odbiegał od tematu, np. w stronę etymologii czy, powiedzmy, historii medycyny. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że również gadam dużo i nie mieszczę się w wąskich ryzach głównego wątku, więc widocznie dlatego wykłady szczególnie przypadły mi do gustu ;P
A ta kultura..!

Pamiętam, że Profesor opowiedział nam razu pewnego anegdotę wyjaśniającą fakt, że dwa receptory reagują odmiennie na tę samą cząsteczkę przekaźnika: "Otóż. Wyobraźcie sobie państwo chłopca i dwoje dziewcząt. Chłopiec uszczypnie oboje dziewcząt [tu szatańskie miny studentów ;>] w policzek [ ;< ]. Jedna z nich się uśmiechnie, a druga się obrazi." To było jak podróż w czasie, niby nic, ale jednak...(Podobnie jak fakt, że znalazłem dzisiaj kasetę magnetofonową ze ścieżką dźwiękową z "Króla Lwa"... okej, to nie na temat!)

Na absolutny szacunek Profesor zasłużył sobie u mnie w dniu wpisywania ocen z anatomii.
Tłum zdesperowanych studentów i studentek tłoczył się pod drzwiami Katedry Anatomii - każdy pragnął jak najszybciej poznać swój wynik egzaminu i wyrwać się z ciasnego, dusznego korytarza (był to koniec czerwca). Wskutek różnych kolei losu dotarłem do środka znacznie później, niż wynikałoby to z mojego pierwotnego miejsca w "kolejce" (wyraz "kolejka" przeważnie dotyczy ludzi ustawionych w rzędzie, ale nie sugeruj się tą definicją, Drogi Czytelniku!) i wreszcie, może po czterech godzinach przepychanek, wszedłem z indeksem do gabinetu.
Profesor, zresztą człowiek o nie najlepszym zdrowiu, jak się okazało, zarządził osobiste wpisywanie ocen dla całego pierwszego roku, bo... chciał się z każdym/każdą z nas pożegnać. Całe zmęczenie i zniechęcenie spowodowane gnieceniem się w marudzącym tłumie rozpłynęły się jak poranna mgła wobec tak szczerego gestu!

Za całą przekazaną wiedzę, jak i za niezwykłą kulturę, dziękuję. 
(Pewnie Profesor tego nie przeczyta, ale to mniej istotne.) 
I przepraszam, że czasem spałem na wykładach...


Ta refleksja zbiegła się w czasie z nadrobieniem przeze mnie zaległości w filmowej klasyce: gorąco polecam każdemu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Film inspiruje, dodaje niesamowitej energii i pozwala marzyć. 
Oby każdy z nas miał mądrego nauczyciela, którego będzie mógł w potrzebie zawołać: "O, mój Kapitanie!"

"Carpe diem!"

poniedziałek, 9 stycznia 2012

O dwóch snach

"Filozofem jest ten, kto musi uleczyć w sobie wiele chorób umysłu, nim zdoła dotrzeć do pojęć zdrowego rozsądku."
Ludwig Wittgenstein


Mówi się, że jaki początek nowego roku, taki cały rok. Wolałbym jednak, aby to powszechne powiedzenie okazało się być jedynie ludowym frazesem...

Wyobraźcie sobie, że dzień po dniu, a w zasadzie noc po nocy nawiedzają Was dwa sny; obydwa dotyczą sprawy, która co i rusz powraca, nieubłaganie nurtując zmęczoną głowę.
Pierwszej nocy rzecz dobiega końca - co prawda nie po mojej myśli, ale najważniejsze, że wszystko jasne. Smutno, ale prawdziwie. Jednak budzę się - powrót do niedokończonej rzeczywistości.
Druga noc przynosi sen o nagłym, wprost przeciwnym, bo pomyślnym rozwiązaniu. Szczęście i spokój... pozorne, do czasu przebudzenia. Równie nagłe oprzytomnienie i powrót do rzeczywistości.

Egzystencja pomiędzy jednym a drugim snem, których i tak nie pragnie się oglądać, bo ani we śnie, ani na jawie nie przynoszą szczęścia - i nic poza tym.

Cała nadzieja w sesji, która niebawem twardo przytrzyma mnie przy ziemi - inaczej chyba bym zwariował.