środa, 3 października 2018

Człowiekowi


Zbierają się nad tobą rzędy
Postaci ślicznych i poważnych
Co zabiegając o twe względy
Powiedzą jaki jesteś ważny
Panowie w czystych garniturach
Z okładki lśnią rumiane twarze
A choćby nie wiem jaka bzdura
Masz robić ją bo głos ich każe
Na baczność stercząc niczym świeca

Kiedy niezwykle familiarnie
Panowie klepią cię po plecach
Łypiąc co każdy dla się zgarnie
Ty rozum miej i miarkuj w głowie
W swej twierdzy dumnej niezdobytej
Że to partyjne bezhołowie
Że złe intencje są zakryte
Wobec krótkowzrocznego gminu

Lecz oko bystre wskroś przebije
Kłamstewka obłudę i blagę
Nie zegnie karku prosto szyję
Trzymając wydrwi ich powagę
Ich śliczność twarze te rumiane
Przymilny ton rozkazy butne
Gębuchny wypomadowane
Słowa fałszywe i okrutne

Daremną wielkorządców pycha
Że mogą grywać va bank tobą
Masz rozum w żyłach krew oddychasz
Gdy w bramę wiodą przechodź obok
Gawiedzi która brnie posłusznie
Otwieraj oczy zrywaj pęta
Czyń zawsze to co mienisz słuszne
Nie jesteś ich lecz swój
Pamiętaj

3.10.2018 r.

niedziela, 4 grudnia 2016

Przestroga

"A więc oto cały nasz bohater, taki, jakim jest! Ale być może, iż zażądają zdecydowanego określenia jednej cechy: kim on jest właściwie pod względem wartości moralnych. Że nie jest bohaterem, pełnym doskonałości i szlachetności - to widać. Kim więc jest? Widocznie łajdakiem? Dlaczegoż łajdakiem? Dlaczegoż być tak surowym dla innych? Teraz u nas nie ma łajdaków: są ludzie prawomyślni, mili, a takich, którzy by wystawili swe fizjonomie na publiczne policzkowanie, znajdzie się może jakich dwóch, trzech, a i ci już mówią teraz o dobroczynności. Najwłaściwiej będzie nazwać go gospodarzem - nabywcą. Wszystkiemu winno nabywanie: z jego powodu powstały sprawy, które świat nazywa nie bardzo czystymi. Co prawda w takim charakterze jest już coś odpychającego i ten sam czytelnik, który na swej życiowej drodze będzie się z takim człowiekiem przyjaźnił, będzie się z nim dzielił chlebem i solą i mile będzie z nim spędzał czas, zacznie krzywo na niego patrzeć, jeżeli tamten zostanie bohaterem dramatu lub poematu. Lecz ten jest mądry, kto nie pogardza żadnym charakterem, lecz utkwiwszy w nim badawczy wzrok lustruje go aż do źródeł instynktu."

Nikołaj Gogol, Martwe dusze

wtorek, 29 listopada 2016

O symbolach

Osobiście nie mam nic przeciwko symbolom religijnym. Wprost przeciwnie: będąc obecnymi w naszym otoczeniu, stanowią środek wyrazu osoby i jej przekonań. Przypominają, że istnieje "coś więcej" - niosą spokój i nadzieję, kiedy bywa ciężko. Sam posiadam w swoim pokoju krzyż i wychowany na wartościach chrześcijańskich identyfikuję się z naukami Jezusa Chrystusa.
Ale nie wiem, czym wytłumaczyć sytuację, która zdarzyła się w jednej z polskich szkół - mniejsza zresztą o to, w której szkole i w jakiej miejscowości.

W skrócie:
Szkoła przygotowywała się na odwiedziny biskupa. Ksiądz uczący religii zawiesił krzyż w sali, gdzie miano przyjąć gościa. Jedna z nauczycielek sprzeciwiła się tej samodzielnej decyzji i krzyż zdjęła. Została oskarżona o kradzież w/w symbolu, a następnie szykanowana przez dyrekcję i resztę grona pedagogicznego. Z orzeczenia prokuratury, która zajęła się sprawą, wynika mniej więcej tyle, że ostracyzm, jakiego kobieta doświadczyła w pracy, był uzasadniony.

Rozumiem wzburzenie nauczycieli, którzy popierali umieszczenie krzyża w klasie. Rozumiem prawo oskarżonej do sprzeciwienia się samowolnej decyzji księdza i narzucaniu woli większości ogółowi - zwłaszcza w związku z wizytą, więc ewidentnie na pokaz.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego zwolennicy krzyża, czyli chrześcijanie, zachowali się w ten sposób i przyzwalali na złe traktowanie osoby tylko ze względu na jej poglądy i "dobre wrażenie" podczas wizyty duchownego. Obawiam się, że w tej sytuacji symbol miłości i wzajemnego szacunku okazał się ważniejszy, niż miłość i wzajemny szacunek. 
To droga donikąd. Droga ku Bogu prowadzi przez bramę drugiego człowieka.

Błagam, przestańmy wreszcie czcić ideę dobra, prawdy, miłości.
Służmy jedynie: dobru, prawdzie i miłości.

Jak mogę z tym walczyć? Nie dopuszczając w swoim otoczeniu do szykanowania ludzi ze względu na ich poglądy, nawet jeśli są odmienne od moich i nie zawsze łatwo przychodzi mi je zaakceptować.
Mogę za każdym razem pytać siebie, co jest naprawdę ważne w tym jednym, jedynym życiu, które mi dano.

niedziela, 27 listopada 2016

O przebudzeniu

Jak wiele nieprawidłowości społecznych można znosić, zanim indywidualny ocean rozpaczy wystąpi z brzegów? Jak daleko sięga ludzka granica tego, co należy jeszcze tolerować, a względem czego nie powinno się absolutnie dawać milczącego przyzwolenia? I wreszcie: do jakiego stopnia wolno ingerować w sprawy dotyczące innych ludzi, aby nie naruszać ich prawa wolnego wyboru?

Czy powinniśmy naprawiać za napotykanych ludzi błędy, które niechybnie doprowadzą ich do zguby, czy może należy pozwolić im samodzielnie ponieść wszelkie tego konsekwencje i zwyczajnie, obojętnie żyć nadal swoim życiem? Czy takie życie, będące życiem świadomym, jest w ogóle możliwe?
A może ci ludzie mają rację i postępują rozsądnie, tylko ja się mylę i próbuję wyważać otwarte drzwi?

Jak skutecznie zbuntować się względem zastanego porządku, aby bunt nie był jedynie negacją pozbawioną konstruktywnego dialogu stwarzającego pole do zmiany świata na lepsze? Ile buntu we mnie może skrzesać w ludziach dokoła iskrę pożądania czegoś więcej, a ile ją zadusi - spłoszy ich od dążenia ku ideałom, zamiast przeliczania życiowego sukcesu na tytuły i złotówki? 
Ile buntu zaszkodzi ludziom, ile będzie zaczątkiem niepotrzebnego cierpienia i rozłamu?

Te i inne pytania zadaję sobie ostatnio coraz częściej, kiedy obserwuję, co dzieje się w moim kraju.

niedziela, 12 czerwca 2016

Młodym poetom

Zanim poetów pięknych młodych
Zmęczy okrutna neurastenia
Zdrojów by trzeba żywej wody
I gorejący krzew w płomieniach
Zanim rozpoczną cne wywody
Głosząc przemożny ból istnienia
I żując spleen zapamiętale
Zamiast ambrozje nektar miody
Gdy "pisać smutno albo wcale"
Obwieści zgraja pokutników
Których goryczy żrą robale
Spasione na TV-dzienniku
"Nasz świat umiera i upada"
Rozpoczną wnet perseweracje
I każdy głupiec gada gada
Że nie wiadomo kto ma rację
Czy rzeczywiście to zagłada
Czy tylko mierną jest wymówką
Ta blaga blef fanfaronada

Ja panu dzisiaj rzeknę słówko
Prawi tak do mnie sąsiad zacny
O zakład idę stuzłotówką
Bo jasno widać jak na tacy
(A całkiem spora owa taca
Jak liczni nasi są rodacy)
Że ludziom w dupach się przewraca
Tylko wyłącznie z braku pracy!
Tom właśnie słyszał od sąsiada
Gdym go na klatce mijał schodów
Sąsiad swój chłop - mądrze powiada

Więc drodzy wieszcze-kwiat narodu
Chwyćcie narzędzia w wasze dłonie
Fachu wyuczcie się za młodu
By pchnąć bieg gwiazd na nieboskłonie
Wzruszajcie z posad świat do przodu
A gorejący krzew niech płonie
Bo włos zabieli się na skroni
Poezja-matka nie wyżywi
Choć wszędzie dzieci swe dogoni
Poeci młodzi i szczęśliwi

11.06.2016 r.

wtorek, 7 czerwca 2016

Relacja lednicka II

W miniony weekend już po raz szósty miałem przyjemność i zaszczyt wziąć udział w Harcerskiej Służbie Lednicy. Na finiszu studiów, w trakcie ostatniej sesji pełnej niełatwych egzaminów, pytałem sam siebie, czy podołam takiemu wyjazdowi, zarówno pod względem sił, jak i poświęconego czasu... Jednak ostatecznie nie pytałem zbyt długo, tylko zdecydowałem, że jadę i już - no i się zaczęło. 
Ale po kolei...

Nasz skromny, ale mocny jakościowo patrol Hufca ZHP Ziemi Gliwickiej a.k.a. Ekipa do Zwalczania Stonki w Świetle Chwały i Mądrości (nazwany zresztą jak co roku od 2010 r.) w składzie: Łukasz, Olga, Adam i ja, pojawił się w piątkowy poranek na dworcu PKP w Gliwicach. Podczas kupowania biletów last minute okazało się, że trzeba nam się rozdzielić na czas podróży do Poznania z uwagi na brak czterech sąsiadujących ze sobą miejscówek. Pociąg miał oczywiście serię opóźnień (start z 10-minutowym opóźnieniem, awaria lokomotywy pod Wrocławiem, przepuszczanie pociągu z naprzeciwka z powodu remontu torowiska pod Poznaniem...), więc nie zdążyliśmy na planowany pociąg Kolei Wielkopolskich do Lednogóry, ale nadrobiliśmy to później - zaraz opowiem. Podróż minęła właściwie szybko, na nauce psychiatrii (miałem bowiem egzamin z tego przedmiotu w poniedziałek rano) i rozmowach instruktorskich.
Dysponując przymusową, kilkunastominutową przerwą w Poznaniu podjęliśmy decyzję o zjedzeniu obiadu w postaci wymarzonego tureckiego kebaba, którego włości otwierają się dla złaknionych podróżnych w przejściu podziemnym dworca. W trybie ekspresowym przyrządzono dla nas cztery rzeczone potrawy, i choć były niezbyt gorące, to zawierały słuszną porcję mięsiwa oraz (jak zawsze) kapusty, a poza tym były dobrze zawinięte od spodu, dzięki czemu sos zbyt szybko nie opuszczał rolady - perfekcyjna technologia zwijania, nie ma co! Udało nam się zdążyć na pociąg do Lednogóry; podróż (jak zwykle na krótkich trasach) w przedsionku przedziału minęła bez niespodzianek. (Czasem tylko trudno przepołowić jabłko w rękach i naprawdę niepowodzenie nie jest tu porażką ;).
Nasz desant na stacji w Lednogórze zaowocował spotkaniem patrolu druhen i druhów ze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej (jak się potem okazało, nie tylko; serdecznie pozdrawiam druhnę wodniaczkę z Nowej Soli oraz druhnę ze służby medialnej ZHR), a około 200 metrów od torów - ku naszemu zaskoczeniu - na propozycji podwózki przez autobus do najbliższego skrzyżowania. Nam było to niezwykle po drodze, bo i tak planowaliśmy zakupy w pobliskim sklepie - wspaniale! Podczas gdy patrol zawierał drobne transakcje handlowe, postanowiłem na walającym się przy drodze kawałku kartonu sporządzić tabliczkę z wiele mówiącym symbolem ryby, aby przyciągnąć uwagę potencjalnych kolejnych kierowców, gdy w dalszej trasie będziemy liczyć na autostop. Cóż, udało mi się złapać autostop wyłącznie za pomocą podniesienia kartonu z ziemi (!) i po chwili cały gliwicki patrol zmierzał samochodem prosto do celu, czyli na Pola Lednickie. Dziękujemy druhnie Dorocie z Wrześni za pomoc!
W ten sposób, mimo opóźnień w transporcie kolejowym, dotarliśmy praktycznie na sam teren obozowiska sporo przed planowanym czasem, przeszedłszy około 200 metrów z przewidzianych 8200...
Zaoszczędzony czas trzeba było czymś wypełnić, dlatego wybraliśmy się wkrótce nad jezioro, gdzie odpoczywaliśmy, brodząc w czystej, ciepłej wodzie, puszczając "kaczki", grzebiąc w glonach i w pianie osadzonej na brzegu, trącając trzciną śnięte ryby i oddając się innym równie rekreacyjnym typowym czynnościom, które można wykonywać nad wodą. Teren przed naszymi namiotami opanowały wszędobylskie mrówki (do których z pewnością będę tutaj wielokrotnie wracał), więc nie obyło się bez szybkiej przeprowadzki. Przed rozpoczęciem pierwszych wart na podobozie zdążyliśmy jeszcze zjeść nasz drugi obiad, tym razem dużo skromniejszy, bo kanapkowy. Rozpoczęły się warty na bramie, które w tamtej chwili miały niewielkie znaczenie, gdyż obozowisko ZHP dopiero się formowało, ludzie chodzili, którędy im się podobało (jak mrówki), a legitymowanie członków służby jeszcze bez identyfikatorów mijało się z celem... Ale jakoś nam to poszło. Potem, o 21:30 rozpoczęła się tradycyjna msza św. służby lednickiej, odprawiona pod przewodnictwem Naczelnego Kapelana ZHP, druha hm. Wojciecha Jurkowskiego. Jak zawsze msza w pięknych wieczornych okolicznościach przyrody, nad brzegiem jeziora, ramię w ramię z druhami i druhnami z ZHP i ZHR była niezwykłym przeżyciem. Jednak w tym miejscu chciałbym wyrazić swoje ubolewanie, że na tegoroczną służbę nie mógł dotrzeć coroczny kapelan HSL, druh hm. Waldemar Piątek, zwany przez starą gwardię naszych gliwickich patroli lednickich Vaterem. Druhu, mocno liczę na Twoje dobre słowo, pogodę ducha i błogosławieństwo służby w przyszłym roku!
Po mszy św. odbyło się krótkie ognisko rozpoczynające służbę. W tak zwanym międzyczasie udało nam się jeszcze skorzystać z aprowizacji i zregenerować siły bułką ze smalcem, który obok marmolady truskawkowej i dżemu z porzeczki w ilościach przemysłowych zdobił stół namiotu kwatermistrzowskiego. Późnym wieczorem, korzystając z miłego faktu braku wart nocnych, udaliśmy się na spoczynek do naszych włości, po raz kolejny przeklinając mrówki, które szturmem próbowały się wedrzeć do plecaków (z wyszczególnieniem plecaka Adama), butów i oczywiście do namiotów.
W piątek rozpoczęli także przerzucanie się sparafrazowanymi tekstami z polskiej wersji "Twierdzy: Krzyżowca", więc co i rusz można było usłyszeć z naszej strony wypowiedzi w rodzaju: "Za mało złota, mój panie!", "Tylko połowa racji?!", "Mój panie, niewielki oddział mrówek zmierza w stronę twojego namiotu", czy "Twoi harcerze opuszczają cię, sir."
Tak minął poranek i wieczór - dzień pierwszy.

Drugi dzień powitał nas harmidrem czynionym przez skowronki na polu, harmidrem czynionym przez budzącą się wcześniej służbę porządkową, która jako pierwsza wkraczała do działania, szelestem oddziału mrówek, który przekraczał tranzytem tropik naszego namiotu i potwornym skwarem już od 7:00. Godny uwagi był tekst, który zasłyszałem z sąsiedniego namiotu, podsumowujący egzystencję wszędobylskich społecznych owadów: "To nie są zwykłe mrówki. Bo zwykłe mrówki są pracowite, robią coś... A te tylko łażą!" I tak było w istocie.
Po wytrzepaniu plecaków i butów z... hmm... no, mrowia mrówek zjedliśmy śniadanie (tym razem serek, pasty kanapkowe i słuszne ilości marmolady na bułkach hamburgerowych) i uskuteczniliśmy mycie w ciepłej wodzie Jeziora Lednickiego. Udało się nawet co nieco popływać, choć mulisty brzeg nie sprzyjał plażowaniu. "Koniec majówki, hobbici!" - trzeba było przerwać rekreację i umundurować się na apel rozpoczynający służbę. Po apelu Łukasz pełniący w tym roku funkcję zastępcy szefa służby liturgiczno-reprezentacyjnej ruszył do pracy, a naszej pozostałej trójce udało się jeszcze wygospodarować nieco czasu na odpoczynek i naukę. Słońce zaczynało prażyć niemiłosiernie.
Spotkanie całej służby nad brzegiem jeziora uzmysłowiło nam, że tegoroczna służba mimo wielu jej członków będzie bardzo pracowita. W skrócie: więcej wart, więcej procesji, więcej relikwii, mniej czasu pomiędzy zadaniami, no i jak zawsze niepewność tego, czy nie powstaną jakieś obsuwy w programie, tudzież inne niespodziewane zadania do wykonania na już... Wspólnie z ZHR odbyliśmy tradycyjny obchód kolumną służby po polach, gdzie za kilka godzin przyjdzie nam działać. Tutaj zdarzyło się, że dołączając na koniec kolumny z naszym "sprzętem plażowym" (karimata, torba z książkami, woda, krem z filtrem itp.) w dziwny sposób znaleźliśmy się na czele pochodu, w pewnej części już umundurowanego, co z pewnością musiało wyglądać dość komicznie. Obejście pola zostało wykonane, więc mogliśmy wrócić jeszcze na parę chwil na teren obozowiska, żeby nawodnić się i zebrać siły. Szkoda, że po rozpisaniu indywidualnych wart i pozgłaszaniu się do zadań spostrzegliśmy, że możliwość zjedzenia przydziałowego obiadu minie nas, niczym "sen jakiś złoty"... Cóż, służba!
A jak już się zaczęło, to poszło - klękajcie narody...
Warty honorowe pełniliśmy w kaplicy-namiocie eucharystycznym (dusznym i mało przewiewnym), przy grobie niedawno zmarłego inicjatora Spotkań Młodych nad Lednicą, Ojca Jana Góry, no i później oczywiście pod "rybą" - przy najważniejszych relikwiach. Relikwie zostały uroczyście wniesione w procesji oficjalnie rozpoczynającej tegoroczne spotkanie, w czym patrol gliwicki miał swój skromny, aczkolwiek znaczący udział - i to przy dwóch relikwiarzach św. Wojciecha, gdyż obok tradycyjnego, "polskiego", pojawił się też "czeski", przywieziony specjalnie z praskiej katedry. Czaszka św. Wojciecha jest podobno najcenniejszą relikwią w całej Europie. Służba i chwała, i splendor dla Hufca!
Zanim to jednak nastąpiło, miało miejsce załamanie słonecznej dotychczas pogody i ulewne opady deszczu.
Radość grupy harcerzy momentalnie zlanych wodą, ociekających w totalnie przemoczonych do bielizny mundurach, śpiewających i tańczących przy wtórze odgłosów zbliżającej się burzy była widokiem, który każdemu życzę kiedyś przynajmniej raz uświadczyć, no a dla mnie czystą przyjemnością, że mogłem uczestniczyć w tej dzikiej, pięknej radości skautów z ZHP i ZHR. Po chwili, kiedy próżno by już szukać w naszych mundurach suchej nitki, dostaliśmy komunikat, że ze względu na pogodę następuje przerwa w programie uroczystości, a służba zostaje zawieszona do odwołania. Powróciwszy na teren obozu, schowaliśmy się w namiocie służby medialnej (aby nie moczyć swoich rzeczy i najlepiej aby mieć jak najmniejszy kontakt z przemoczonym ubraniem, którego nie było już sensu przebierać) i - tu niespodzianka - wskutek tej nagłej przerwy udało nam się zjeść obiad! Tradycyjnie już chyba były kurczaczki na ostro + makaron. I git.
Gdy tylko wyjęliśmy pałatki z namiotów, wkrótce wyszło słońce, mundury zaczęły na nas wysychać i można było wznowić służbę.
Wracając do relikwii...
Po przeniesieniu "polskiego Wojciecha" powróciliśmy zwarci i gotowi, w obliczu wyzwania, aby równie uroczyście dostarczyć pod główny ołtarz relikwie "czeskie". Tu okazało się, że relikwiarz z czaszką wcale nie jest taki duży - niemniej jednak wyglądał na dosyć delikatny, więc padła decyzja, aby transportować go najbezpieczniej, tj. we trzy osoby (1 + 2 asysty). Tak też się stało, i po chwili "czeski Wojciech" znajdował się już na odpowiednim postumencie przy ołtarzu pod "rybą". Podobno kiedy już wracaliśmy - trzech lekko jeszcze mokrych, strudzonych służbą druhów - zadowoleni po wykonanym zadaniu, do kaplicy, gdzie wcześniej znajdował się relikwiarz, wkroczył elegancki przedstawiciel jakiegoś bractwa, w pelerynie i białych rękawiczkach, z zamiarem uroczystego przeniesienia relikwii. Bardzo się zdziwił i oburzył, że ktoś śmiał tknąć cenne relikwie i że jakim prawem itp. itd. Spokojnie, panie bracie! Śp. świętemu Wojciechowi na pewno nie robi to żadnej różnicy, a my przecież godnie i po harcersku spełniliśmy swoją misję.
Dalej działo się dużo i nie sposób, abym wszystko wymienił... Pieśni, tańce, modlitwy, konferencje (o. Szustak - polecam serdecznie!), akcja "Ksiądz" (przygotowanie księży do mszy św.), wspaniała uroczysta msza św., niezwykły niezwykły klimat i obecność Boga w każdym atomie lednickiego powietrza. Spojrzenia wiernych wpatrzonych w ciszy i skupieniu, ze łzami, w Eucharystię podczas Adoracji Najświętszego Sakramentu; pracowici kapłani na polu spowiedzi, z uszami czerwonymi od słońca i gorliwej posługi; kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących w rytm modlitwy i wykrzykujących hasło tegorocznych Spotkań: "Amen" - niech tak się stanie. Naprawdę jest po co tam wracać.
Wkrótce przed punktem kulminacyjnym - przejściem przez bramę-rybę (ustanowioną w tym roku Bramą Miłosierdzia dekretem papieża Franciszka) - miał miejsce wybór Chrystusa (jak zawsze w wielu językach) oraz rozesłanie wolontariuszy do pracy społecznej w różnych zakątkach świata. (zasłyszane: "Wolontariuszki otrzymują pobłogosławiony krzyż z rąk prymasa, a one go całują... Krzyż!"). Po uroczystym przeniesieniu "polskiego Wojciecha" do transportu, ruszyliśmy za "rybę", aby dołączyć do szpaleru, jaki już formowali harcerze i harcerki z ZHR i ZHP. W szpalerze (jak zwykle) z pochodniami w ręku tańczyliśmy (z nadmiernego już zmęczenia i chłodu) i przybijaliśmy piątki mijającym nas pielgrzymom. "Jedźcie bezpiecznie, do zobaczenia za rok!" Wreszcie około 2:00 przyszedł czas na nasz "kontyngent" - otrzymaliśmy podziękowanie od oo. dominikanów za wsparcie i trud (robimy naprawdę dobrą robotę, szczerze!), a potem można było już zmierzać do namiotów po coś do zjedzenia i zasłużony odpoczynek (oczywiście zagarnąwszy nieco marmolady i wypędziwszy mrówki z namiotu - ktoś z nas niechcący zostawił odpięte wejście i pod karimatami panował prawdziwy chaos). Dużo radości dostarczył nam dialog ekipy "gimbusów" (proszę druhów o wybaczenie określenia, ale naprawdę idealnie oddaje ono ton zasłyszanych wypowiedzi) i w końcu zapadliśmy w błogi sen, ponownie bez perspektyw na nocne warty. Cudownie.
Tego dnia natomiast panowały teksty z "Twierdzy: Krzyżowiec" oraz pseudoreklamowe-pseudosensacyjne hasła w stylu "On znalazł sposób na walkę z upałem. Nienawidzi go cała Lednica", czy "Dzięki temu prostemu trikowi zdążysz ubrać się w mundur na wartę i zjeść śniadanie." Takie tam żarciki...
Tak minął poranek i intensywny wieczór - dzień drugi.

Trzeciego dnia z samego rana podjąłem się na ochotnika pierwszej warty na podobozie, która nagle wypadła. W związku z tym zastosowałem ów "prosty trik" i punkt ósma byłem umundurowany i względnie najedzony bułką z marmoladą (jakżeby inaczej) serwowaną na sposób studencki. W momencie udawania się pod obozową bramę spostrzegłem, jak szef służby rep-lit zawiesza i kończy warty na podobozie, więc wróciłem do patrolowego "stołu" (karimaty), cytując suchar o misiu i zajączku słynnego mistrza wątłego dowcipu, Karola Strasburgera: "I na cholerę były mnie te występy artystyczne?!" Szczęście w nieszczęściu, udało nam się sprawnie ogarnąć obozowisko i spakować się jeszcze przed końcowym apelem. Potem jeszcze ruszyliśmy pod "rybę" celem wykonania kilku pamiątkowych i promocyjnych fotek (selfie, jakżeby inaczej) i odebraliśmy pamiątki lednickie. (Bardzo się cieszę z kieszonkowego wydania Pisma św. Nowego Testamentu - przyda się!) Gnani chęcią zdążenia na wcześniejszy pociąg do Poznania, pożegnaliśmy się i rozpoczęliśmy podróż powrotną.
Tym razem, jak na złość, nikt nie chciał nas podwieźć.
Po drodze spotkaliśmy parę studentów, Kornelię i Pawła z Warszawy, z którymi wspólnie kontynuowaliśmy wędrówkę, próbując złapać autostop. Gdy czas nieubłaganie się kończył i wyglądało na to, że przyjdzie nam trochę posiedzieć na stacji kolejowej, to znów autostop złapał nas - zabrał 4 ludzi + plecaki i pognał na stację. Ja i Paweł rozpoczęliśmy bieg co sił w płucach, aby dobiec na czas na pociąg. Udało się to, sam nie wiem jak - niechybnie Boska interwencja, a poza tym cytując myśliciela: "Takie przygody integrują grupę", no i "Kurde, to jest dobre!"
Podobną przygodę, tylko bez samochodu, mieliśmy w Poznaniu, kupując bilety i ledwo zdążając wsiąść do opóźnionego pociągu pospiesznego do Gliwic. Udało nam się znaleźć przedział i miejsca mniej lub bardziej siedzące, a mnie - nawet trochę pouczyć do egzaminu. Podróż minęła upalnie, klejąco i sennie - czyli jak zwykle bywa z powrotami koleją przez pół Polski w czerwcu.
Nasz wyjazd zakończyliśmy popołudniu na dworcu w Gliwicach i każdy ruszył w swoją stronę, do swoich spraw, ze swoim zmęczeniem, ale myślę, że także z czymś więcej w głowach i sercach.

Dla mnie był to jeden z najbardziej udanych i najgłębiej przeżytych wyjazdów na Harcerską Służbę Lednicy. Pozwolił mi odświeżyć się, zaczerpnąć duchowych sił w tym niełatwym dla mnie okresie życia. (A i egzamin nie poszedł źle - przyp. aut.) Bardzo chciałbym pojawić się na Polach Lednickich także w przyszłym roku, być może w większym gliwickim gronie. 
Dlatego, Drogi Czytelniku, życzę i sobie, i Tobie, abyśmy spotkali się na XXI Spotkaniach Młodych nad Jeziorem Lednickim. Amen, niech tak się stanie.

1 Kor 16, 13-14
Czuwaj!

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Dzień dobry

Ileż jest pociechy w ludzkich słowach, które słyszymy na co dzień, a często nie dostrzegamy: "dzień dobry", "dobry wieczór", "dobranoc". Kiedy ktoś mówi "dzień dobry" - życzy dobrego dnia, chociaż chlapie deszcz. Mówi "dobry wieczór" - życzy dobrego wieczoru, chociaż jesteśmy zmęczeni. Kiedy mówi "dobranoc" - życzy dobrego snu, chociaż czasem nie możemy spać.
ks. J. Twardowski

Powszednie słowa, słowa codzienne i użytkowe.
Proste słowa, które wypowiedziane z choćby odrobiną uczucia mogą odmienić czyjś dzień nie do poznania.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O leczeniu I

"Spotkanie z chorym, rozmowa, anamneza, badanie - zanurzają lekarza w świat sygnałów. Śle je organizm człowieka chorego. Lekarz musi rozwinąć w sobie szczególny rodzaj wrażliwości, aby te sygnały nie przeszły obok, lecz trafiły w niego. Wówczas - w jednej chwili - mogą złożyć się w konstelację objawów, które odczyta on jako rozpoznanie choroby.
Ta konstelacja objawów jest jak konstelacja gwiazd na niebie, wskazująca żeglarzowi drogę do portu. Określa położenie na mapie. Rozprasza mrok, ucisza niepewność. To tak jak we śnie, gdy ktoś obcy, nieznajomy, kto śni się nam przez pół nocy, nagle, w jednej chwili, okazuje się kimś dobrze znanym, bliskim. Ta chwila, ten błysk zmiany nieznanego w znane - to właśnie jest rozpoznanie."
Andrzej Szczeklik, Katharsis
Wracam pamięcią do minionej sesji zimowej, która była wyjątkowo pracowita. Uczyłem się wówczas na egzamin z pediatrii, aż w pewnym momencie zrobiłem sobie "przerwę" na ginekologię. Widząc różne zagadnienia, jeszcze nie tak dawno obce i trudne, witałem je z uśmiechem, niczym starych przyjaciół na wiosennym spacerze...
Chyba właśnie taki jest cel moich studiów, mojej nauki: żeby pewnego dnia w kontakcie oko w oko z chorobą powiedzieć sobie w duchu: "znowu się spotykamy" i przystąpić do działania.
Lekarz nie ma szans rozpoznać choroby, o której nigdy nie słyszał.

środa, 6 kwietnia 2016

O tajemnicy

- Zdradź mi proszę swoją tajemnicę.
- Nie mogę.
- Dlaczego? Dlaczego nie chcesz?
- Popatrz: znasz mnie już od pewnego czasu i wiesz, że moje oczy są zielone - nie jest to dla ciebie żadna tajemnica. Gdybyśmy jednak nigdy się nie spotkali, a moim sekretem było właśnie to, że mam oczy w kolorze zielonym, straciłabyś całe zainteresowanie moją osobą - przecież poznałaś już mą tajemnicę! Tymczasem, kiedy nie zamierzam ci jej wyjawić, zaczniesz bacznie mi się przyglądać, obserwować mój wygląd i zachowanie, aż w poznaniu odnajdziesz znacznie więcej, niż gdybym po prostu powiedział ci to, o co mnie prosisz.
- Rozumiem. W takim razie muszę ci coś powiedzieć.
- Tak?
- Ja też mam swoją tajemnicę.

piątek, 1 kwietnia 2016

O czynieniu dobra

"Gest św. Franciszka, który z umiłowania ubóstwa oddaje ojcu swe ubranie, jest niepowtarzalny, a jednak daje świadectwo czemuś, co jest uniwersalne. Podobnie krok o. Kolbego, który zaprowadził go do celi śmierci za towarzysza z obozowego szeregu. Na próżno staralibyśmy się wyprowadzać ich czyny z »zasad ogólnych«. Na próżno staralibyśmy się »uzasadnić« je »racjami rozumu«. Są one wolnym i odsłaniającym świadczeniem czemuś, co jest wartością samo dla siebie. Ich »etos« bije w nas, mimo woli poddajemy się jego przekształcającemu urokowi, podobnie jak poddajemy się urokowi dzieła sztuki, którego konwencji twórczych nie znamy."
ks. Józef Tischner, Miłość nas rozumie

Ludzie są skłonni czynić dobro. Gdy wiedzą, co należy zrobić - potrzebują tylko przykładu, iskry z zewnątrz do działania. Bo boją się być tymi pierwszymi, inicjatorami. 
Boją się braku akceptacji dla swej inicjatywy i odpowiedzialności pojawiającej się w związku z wyłamaniem się z biernego szeregu. Czują lęk przed wyśmianiem, wobec bycia "na świeczniku".
Mówi się, że największym tchórzostwem jest wiedzieć dokładnie, co należy zrobić, i nie robić tego.
Walczmy.

piątek, 15 stycznia 2016

O pomaganiu

"Jeżeli za­bałaga­nione biur­ko jest oz­naką za­bałaga­nione­go umysłu, oz­naką cze­go jest pus­te biur­ko?" - to słowa wielkiego fizyka, Alberta Einsteina. Moje biurko zawsze było, jest i będzie dalekie od stanu pustości, niemniej jednak nadchodzi taki punkt krytyczny jego "obłożenia", że wypada trochę posprzątać. Nadszedł weekend, więc z odrobiną sił i chęci, przy dobrej muzyce w głośnikach, postanowiłem to uczynić.
Z niemalże paleontologicznym zacięciem zabrałem się do dzieła, odgrzebując górne pokłady kartek, zeszytów, książek, przyborów do pisania, komputerowego hardware'u i innych drobiazgów. Jedną z rzeczy "do zrobienia w niedalekiej przyszłości" było wycięcie pozostałego z niedawnego, 24. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pakietu naklejek-serduszek. Jako nieco już doświadczony wolontariusz (był to mój 12. finał z puszką) zwykłem przygotowywać się przed wyruszeniem na akcję - w tym wypadku postanowiłem powycinać serca na świeżo, aby zaoszczędzić czas i, mam nadzieję, za niecały rok być wdzięcznym samemu sobie z przeszłości. "Zrób dzisiaj, co masz zrobić jutro." No, to do dzieła!

Wycinam, wycinam i myślę sobie:
Niecały tydzień temu już po raz dwunasty wziąłem puszkę fundacji i wyruszyłem na miasto. Ludzie wrzucali do puszki pieniądze, każdy wedle własnej majętności i dobrej woli, a ja wręczałem im w zamian czerwone naklejki-serca; bywało, że ktoś nie chciał naklejki, bo już taką miał. "Niech zostanie dla kogoś następnego" - i uśmiech. W zasadzie nieodłączny uśmiech na twarzach kwestujących i wspierających, bo ten jeden dzień w roku jest w ogóle jakiś wyjątkowy. Ile radości, ile prostych gestów solidarności, ile interakcji z nieznajomymi przechodniami! Niech różni mądrzy i "mądrzy" ludzie mówią, co chcą, ale moim zdaniem Jurek Owsiak rozkręcił niesamowitą, energiczną inicjatywę, z której my, Polacy, możemy być dumni w swoim kraju, jak i zagranicą. Żeby realnie pomagać, nie potrzeba wielkiego i żmudnego wysiłku - drobnym gestem, datkiem, pracą rąk jesteśmy w stanie wspólnie wspierać leczenie i opiekę tych, którzy dostępu do profesjonalnej opieki zdrowotnej najbardziej potrzebują.
Wycinam naklejki-serca i teraz naprawdę doceniam wartość każdego z tych niewielkich czerwonych symboli nadrukowanych na samoprzylepnym papierze.
Za rok mam nadzieję zaangażować się w mój trzynasty finał WOŚP, a tymczasem życzę z całego serca Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, aby naprawdę grała do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Siema!

środa, 6 stycznia 2016

O romantycznej nauce

Spytałem kiedyś Łurię, co uważa za najbardziej interesującą rzecz na świecie. Odpowiedział: "Nie potrafię wyrazić tego jednym słowem, muszę użyć dwóch. Musiałbym powiedzieć »romantyczna nauka«. Nadzieją mojego życia było znalezienie albo odnalezienie romantycznej nauki". Myślę, że moja własna odpowiedź byłaby dokładnie taka sama, a szczególna radość, której doznałem, pracując z moimi postencefalitycznymi pacjentami przez ostatnie piętnaście lat, była rezultatem połączenia naukowych i "romanycznych" penetracji, wynikała z pełnego zaangażowania serca i umysłu. Każda inna postawa byłaby postępowaniem bądź przeciw umysłowi, bądź przeciw sercu.
W młodości byłem rozdarty pomiędzy dwoma pasjonującymi i sprzecznymi zainteresowaniami i ambicjami - śledzeniem nauki i śledzeniem sztuki. Nie znalazłem żadnego rozwiązania dopóty, dopóki nie zostałem lekarzem. Myślę, że wszyscy lekarze cieszą się równie dużym szczęściem, w tym sensie, że mogą znaleźć pełną realizację w obu aspektach swoich natur i nigdy nie muszą tłumić jednego, aby faworyzować drugi.
Oliver Sacks, Przebudzenia

środa, 30 grudnia 2015

O przygodach

Kiedy stary rok dobiega końca, a niebawem przyjdzie oswoić się z nowym, zaczynam szczególnie intensywnie wspominać przygody ostatnich 365 dni...

Początek stycznia. Srogi wiatr i pięć minut dobrej pogody na szczycie Babiej Góry. Potem zejście w strugach deszczu, nocleg pod namiotem na Słowacji, blok bigosu i kolędy śpiewane na pokrzepienie. Od rana marsz w zamarzniętych zbrojach z kurtek i żywienie samą czekoladą - wieczorem zasłużony wypoczynek w ciepłej chacie studenckiej.
I drugi raz w górach: śnieżnobiały zimowy Beskid Żywiecki oglądany w samotnej wędrówce. Cel: spotkanie z drużyną na Zagroniu.

Luty wspominam jako okres intensywnej pracy i nauki - nie tylko przedmiotów medycznych, ale również nawigacji terestrycznej i zliczeniowej, locji morskiej i lektury orzeczeń Izby Morskiej. Zapach żywicy epoksydowej z hangaru, gdzie powstają czółna. Śnieg padający nad ranem na twarz przez otwarte wiatrem okno, gdy przyjaciele zmagają się z podmuchem zimy w nie aż tak dalekich górach.

Marzec - przyroda budzi się do życia i zmienia barwy; ja też zmieniam barwy wraz z nią. To czas zbioru owoców pracy instruktorskiej: od teraz mundur "skauta morza", na mundurze - zielona lilijka i podkładka pod Krzyżem Harcerskim. Marzec to także podsumowanie i zakończenie przygody kursu podharcmistrzowskiego, to dwa niepozorne drewienka na mojej szyi, które są cenniejsze, niż jakakolwiek srebrna czy złota przypinka. Spotkania, i ludzie, wspomnienia i przeżycia..!

W kwietniu dane mi było po raz kolejny zobaczyć góry w jednodniowej wędrówce po Beskidzie Małym ze wspaniałymi ludźmi, których chyba nadal znam ciągle za mało... Służba na harcerskich regatach - twarda, wszak wszystko musi być jak w Marynarce!

Rowerowe eskapady na rozpoczęcie sezonu jeszcze nigdy nie sięgnęły zenitu, jak na przełomie kwietnia i maja - rowerowa majówka i hasło, że zawsze można pójść o krok dalej, bo ciekawość, co znajduje się za następnym rogiem, za kolejnym zakrętem, jest niezaspokojona. Rudy Raciborskie, Stodoły, Zalew Rybnicki i trudne ostatnie kilometry. 
Tydzień później mijamy Górki Zachodnie w weekendowym rejsie zatokowym. Postój w helskim porcie, wsparcie szantymena w tawernie u Morgana, spacer po półwyspie i zawody wytrzymałościowe w jeszcze zimnej morskiej wodzie. Noc na morzu w dryfie, szkwały i przechyły, długa wachta aż po świt. Spotkanie ze Zjawą niespełnionej miłości w gdyńskim porcie.

Czerwcowa kulminacja przygód na morzu. Co tam sesja: to przecież egzamin na jachtowych sterników morskich! Chwile zagubienia i zwątpienia, manewry, wspólne rycie teorii żeglowania i niekończące się rozmowy w kubryku. Wypad po godzinach na trzebieską riwierę, powroty z morza w rytm Queen i Depeche Mode. Życie, nierealne życie Kubańskiej Wolności. Stres i porażki - i wielki zespołowy sukces, i wizyta na cmentarzysku polskiego żeglarstwa, i długi powrót do domu. A mieliśmy uprowadzić jacht na duńskie wyspy...
Na deser miesiąca koncert oczekiwany od kilku dobrych lat, jakże dobry..!

Lipcowy ciepły, choć wietrzny dzień i trzech śmiałków wyruszających na spływ pontonowy. Trasa pozornie pospolita, ale bardzo malownicza: Kłodnica - Odra - Kanał Gliwicki. Ukryte piękno brudnej rzeki, walka z cofką, przenoska i żeglowanie z użyciem koca ratowniczego. Zejście na ląd, na ziemię. Sprawy służbowe, dużo spraw, szefie, do załatwienia.
Twarda służba przynosi owoce. Harcerska praca, życie w lesie skutkują krzepkością rąk i nóg, zdrową opalenizną, szczerą radością wymalowaną na twarzy. Nierówne starcie żeglarskich umiejętności ze sprzętem i kawalkada przypałów nie były w stanie tego przyćmić. Trzy harcerskie watry łączące ludzi w kręgu ognia na dobre i na złe. Nieskończona wzajemność oddziaływań, którą już zabiorę ze sobą wszędzie, choćbym szedł bez plecaka. A przecież prawdziwa przygoda z Metodą dopiero się zacznie...

Co za upał był w tym sierpniu! Jeden wielki, zlany gorącem i parujący potem upał. To miesiąc pracy na dwa fronty: ostatnie praktyki wakacyjne w szpitalach, praca w przystani motorowodnej. Wspaniali ludzie, nowe umiejętności i doświadczenia. Dużo roweru = dobrze. Kolejne powroty - tym razem salwowanie się ucieczką od gorąca na gliwickie kąpielisko, po kilkunastu latach rozłąki. No i towarzystwa nie zamieniłbym na żadne inne.

Jak to? Czy do tej pory robiłem wszystko źle..? Nie, ale może być jeszcze lepiej - to wrześniowe zanurzenie w metodzie harcerskiej, to poranne pływanie w Jeziorze Lucieńskim, to moc siły ciała, siły rozumu i siły ducha; poddawane naprężeniom. Wyjście ze strefy komfortu = rozwój. To takie proste. Las, las, las, ludzie i mnóstwo myśli. Przeżycie, które smakuję i trawię do dziś.
We wrześniu wraz ze wspaniałą żeglarką, najdroższą mi osobą, opłynąłem Jezioro Turawskie. Spacery w lesie, rozmowy. I jaki spokój.

Wzajemność oddziaływań atakuje ze zdwojoną siłą w październiku za sprawą kursu przewodnikowskiego, w komendzie którego miałem przyjemność się znaleźć. Tyle pomysłów, ilu nas tam było, wiedza i kuźnia doświadczeń. Jestem pewien, że wszyscy wyjechaliśmy nie tylko bardziej zmęczeni, ale i mądrzejsi. Ośrodek w Łączy nigdy nie wydawał mi się taki piękny.

Trudne, ale pouczające spotkanie z Człowiekiem w szpitalu psychiatrycznym. Trudno przestać zastanawiać się nad rozwiązaniem zagadki,  trudno przestać myśleć nad kruchością ludzkiego umysłu...
Zimny i wietrzny listopadowy dzień, a ja stoję okutany w pałatkę na środku mostu na Wiśle w Płocku i wpatruję się w fale. Jestem przecież Strażnikiem Mostu i oczekuję wędrowców, którzy są godni otrzymania Świętego Graala Harcerstwa! Za chwilę ogrzeję się w ciepłym pomieszczeniu, i ponownie zobaczę ludzi, których znam tak krótko, a z którymi zdążyłem się tak bardzo zżyć. Weekend tak intensywny, że wrażeń starczyłoby na cały miesiąc. Przygody, przygody, przygody daleko poza strefą komfortu. To wiatr czy radość wyciska łzy podczas pierwszego lotu samolotem? I kajaki w listopadzie... Dużo wyzwań, moc wrażeń, idealny rozruch przed twardą pracą na nowym polu służby. Srebrny sznur bywa ciężki - ale ile sił daje, nie sposób wypowiedzieć.

Wschód słońca na Baraniej Górze w grudniu? Jasne! Nocne marsze, autostopowe zaskoczenia, wczesna pobudka, chmura na oblodzonej wieży - mizerna widoczność. Kolejne etapy wędrówki jak kolejne etapy gry. Przeładowanie tekstury; chmura znikająca w mgnienie oka i cudne ostre rysy Tatr na zimowym niebie. Orzech kokosowy rozbity o lód i zejścia bardziej uciążliwe, niż suma podejść.
Zauważaliśmy Człowieka - to piękne. W miejsca smutne i pozbawione nadziei Światło Betlejemskie wniosło dużo radości. Moja rodzina chyba nigdy nie miała jeszcze okazji, by aż tyle kolędować. Muzyka zapewniła uśmiech na twarzy, podstawę dialogu, zachęcała do wspomnień. Wiem już, że to ważne, aby odkryć, co naprawdę umie się robić - a potem poszukiwać, jak wykorzystać tę umiejętność, by czynić świat coraz lepszym. Takie Święta w nas mogą trwać cały rok.
I jeszcze wyjazd właściwie służbowy, ale radosny i tchnący nadzieją na pomyślną realizację przyszłorocznych planów harcerskich. Góry, nawet napotkane przelotnie, mają w sobie wyjątkową moc.

Teraz, kiedy szczególnie intensywnie wspominam wydarzenia mijającego roku, życzę sobie i Tobie, Drogi Czytelniku, wielu niezapomnianych przygód w 2016 roku.
Za Terrym Pratchetem pragnę powtórzyć: "obyś żył w ciekawych czasach".

O dezintegracji

Ginę, rozpadam się. Każdej części mojego, każdemu mojemu celowi oddaję cząstkę siebie, poświęcam je, aż w końcu mnie nie ma. Czuję, że ani pół tchnienia nie jest już moje, nie mnie się należy. Czy można zejść z raz obranego szlaku, zawrócić, obejrzeć się i nie stać się słupem soli? Jest jakaś ucieczka? Daj mi sen, słodki sen mi daj. I zapomnienie.

sobota, 26 grudnia 2015

O uciekaniu myśli

Dzisiaj, po niemałej przerwie, gorzka autorefleksja:
Żyję za szybko. 
Sukcesywnie udaje mi się podołać kolejnym obowiązkom, których się podejmuję. Potrafię nawet przy tym wszystkim przeżyć niemal każdy dzień. 
Ale ilekroć przychodzi refleksja - nie zdążam wycisnąć z niej jej całej kwintesencji, nie zapisuję w porę ulotnej myśli wyrywającej się do lotu.
Ile już takich niesfornych myśli mi uciekło! Dajcie mi za każdą z nich chociaż jedną złotówkę, a wkrótce byłbym bogatym człowiekiem.
Stary rok dobiega końca, ale na zmianę nigdy nie jest za późno - każdy dzień, każda godzina, ba, każda nowa chwila wita mnie z nową szansą; szansą na zmianę. 
Od teraz zaczynam zapisywać refleksje w zeszycie - papier jest cierpliwy i wiele zapamięta. 
Liczę na to, że wiele z zachowanych myśli uda mi się niebawem uplastycznić, uformować i przekuć w osobisty wewnętrzny zysk. 
Może będzie lepiej.

piątek, 13 listopada 2015

Szarość




Szarość przeciętnego dnia
Wieczny otępienia stan
Drętwe czyny, w oczach piach
Nie wiesz w końcu co i jak

Szare drzewa, szara trawa,
Szarzy ludzie, szare bloki
Dookoła mur piętrzy się wysoki
Szare gesty i emocje
Jak się przebić masz
Szarość cię pochłania, szarość w tobie trwa

Nie chcesz więcej, niż byś mógł
Toniesz w bagnie pustych słów
Nie chcesz więcej, niż byś chciał
Znowu głową sięgasz dna

Szarość – każda chwila tak
Trawi rozum, budzi strach
Bylejakość, w oczach łza
Zatraciłeś „co i jak”

Szare słońce nad twym światem,
Bladoszare smutne twarze
Nie wystawaj z tłumu, nie sięgaj do marzeń
Szarą masę ludzką nosi
Chora szara ziemia
Podnieś głowę, zmieniaj to! Co masz do stracenia

Póki w piersi jeszcze dech,
Póki serce tłoczy krew
Chwyć za kraty, wyłam je
Wstań i krzycz: nie zgadzam się! 


Nie zgadzam się!


6.11.2015 r.

środa, 7 października 2015

Przesłanie III

Zbigniew Herbert
Przesłanie Pana Cogito

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź

wtorek, 29 września 2015

O myśleniu

Słowami Walta Whitmana (którego często tu ostatnio cytuję) pragnę podsumować moją dotychczasową twórczość:
"Wszystkiemu, co oznaczam jako moje własne, winieneś
   przeciwstawić to, co twoje,
W przeciwnym razie stracony to czas, gdy mnie nasłuchujesz."
Nie skamlę razem ze skamleniem pospólstwa,
Jakoby miesiące były drążoną przez pustkę przestrzenią
   a gleba pod nogami błotem tylko i szlamem.
Skamlenia i skruszone czołgania się wmieszajcie do proszków
   dla chorych, przystosowanie zostawcie krewniakom najdalszym;
Co do mnie, noszę kapelusz, jak mi się żywnie podoba,
   w domu albo na dworze."
Walt Whitman, Pieśń o sobie samym
Odważcie się, drodzy bracia i siostry, myśleć samodzielnie. Poznawać i drążyć do korzeni mądrości tego świata. Bez ustanku poszukiwać i odkrywać tak, abyście już żadnej prawdy nie przyjęli za pewnik prędzej, niż dopiero gdy stanie się wasza, własna, osobista.

czwartek, 17 września 2015

O harcerstwie

"Słyszałem, co mówcy głosili, mowę o początku i o końcu,
Ale ja o początku nie mówię ani o końcu.

Nigdy więcej nie było początku, niźli dziś,
Nigdy więcej młodości i starości, niż teraz,
I przenigdy więcej istnieć nie będzie doskonałości, niż teraz,
Ni niebiosów, ni piekieł, niźli dziś."
W. Whitman,
Pieśń o sobie samym

Dzisiaj opowiem o czymś bardziej osobistym.

Dzisiaj mija równe 11 lat od dnia, w którym ostatecznie dałem namówić się kolegom ze szkoły i przyszedłem na moją pierwszą zbiórkę harcerską. To był piątek, pogodny, słoneczny dzień. Zaczynałem naukę w gimnazjum i niewiele wiedziałem o harcerstwie, a tym bardziej - o życiu.

Dzisiaj być może wiem o nim niewiele więcej, ale właśnie dzięki harcerstwu przeżyłem tak ogromną ilość niesamowitych rzeczy, które długo długo jeszcze i ciepło będę wspominał:
wędrówki po górach, wyżynach i nizinach, rejsy morskie i spływy, włóczęgi w nieznane, z mapą i bez mapy, nieskończone godziny dyskusji o sprawach ważnych, Bogu, przyjaźni, rodzinie, tyleż samo godzin śpiewu i muzykowania aż po świt przy dogasającym żarze ogniska, współodczuwanie z przyrodą w samotności ciemnego lasu, rozmowy szeptem o tym, co najważniejsze, magia tajemnej obrzędowości w kręgu ognia, liczne próby i wyzwania, wystąpienia publiczne, służba społeczna, wszechstronna praca nad sobą, wreszcie wychowywanie siebie i młodych ludzi w duchu mocnych, ponadstuletnich ideałów.

Dzisiaj wiem, że bez harcerskiego fundamentu bez wątpienia nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj.

Dzisiaj przeżywam i smakuję jeszcze wrażenia z harcerskiego kursu kształceniowego, który rozpocząłem w minionym tygodniu. Pięć intensywnych dni spędzonych w lesie z grupą niesamowitych ludzi, chłonięcie wszystkimi porami ciała przyrody, odczuwanie na własnej skórze prostoty harcerskiej metody wychowania - poprzez to przeżycie nauczyłem się chyba drugie tyle, ile już wiedziałem.
Pozostając też pod dużym wrażeniem książki druha Marka Kameckiego pt. "Stosowanie metody harcerskiej w drużynie harcerzy", pozwolę sobie gorąco zachęcić do jej lektury wszystkich moich przyjaciół-wychowawców i zacytuję fragment:
"Żeby wstąpić do harcerstwa trzeba być szurniętym. Ale świat toczy się naprzód dzięki szurniętym. Przeciętni zjadacze parówek czołgają się przez życie wśród narzekań aż do emerytury. >>Żebyśmy tylko zdrowi byli...<<. Harcerstwo staje naprzeciw takiej filozofii i woła: >>Do odważnych świat należy - tyle jesteś wart, ile zrobisz dobrego dla innych!<<. Bo w ostatecznym rozrachunku nie chodzi nam przecież o to, żeby ukształtować jednostkę przeciętną i pokorną, przemykającą przez życie ukradkiem, podatną na czyjekolwiek wpływy (nasze też!), ale o człowieka samodzielnie postrzegającego rzeczywistość i świadomie tworzącego swoje życie. Przyzwyczajeni do narzekania na to, że żyjemy w trudnych czasach, nie zdajemy sobie sprawy, że w każdej epoce ludzie narzekali na współczesność, na upadek obyczajów, stawiali za wzór dawne społeczeństwa. W każdych czasach za niezależność i wolność trzeba było też płacić cenę - raz większą, raz mniejszą, bo nie ma nic za darmo. Jeżeli nie chcesz płacić, to musisz pogodzić się z tym, że inni za ciebie ułożą twoje życie - edukację, pracę, miłość, małżeństwo, wiarę. Staniesz się konsumentem. Co w tym złego? Nic. Prawie nic. I w tym >>prawie<< zamyka się cała prawda o losie człowieka. >>Sprzedaj wszystko, co masz i chodź za mną<< usłyszał pewien młody człowiek, którego rodzice dobrze urządzili. Czy Jezusowi, gdy to mówił, chodziło o pogardę dla rzeczy materialnych? Nie - chodziło mu o cenę, jaką trzeba zapłacić za to, żeby nasze życie nabrało sensu. Gdy w czasie okupacji Niemcy wieźli warszawską ulicą ludzi z łapanki do obozu koncentracyjnego, jedynie Alek wyskoczył z samochodu. Czy pomogły mu w tej decyzji podchody i gry harcerskie? Czy dzisiaj wychowujemy ludzi, którzy w odpowiedniej chwili potrafią powiedzieć tak jak Alek: >>Chodu, panowie<<?"
M.Kamecki, Stosowanie metody harcerskiej w drużynie harcerzy

Dzisiaj uśmiecham się do każdego z tych wielkich i drobnych wrażeń w czasie niemal połowy mojego życia.
Jestem wdzięczny.

Czuwaj!

poniedziałek, 14 września 2015

Przesłanie II


Objazdem na przełaj Stanów ruszamy w drogę,
(Tak jest, na przełaj świata, gnani podmuchem tych pieśni,
Ku wszystkim żeglując stąd lądom, ku wszystkim morzom),
My, gotowi pójść na naukę do wszystkich, pouczać wszystkich, oraz umiłować wszystkich.
Bacznie oglądaliśmy pory roku, które hojnie rozdają siebie i zanikają,
I powiedzieliśmy: czemuż by mężczyzna lub kobieta nie mieli czynić tak, jak pory roku, czemu nie rozlewaliby się nadmiarem, jak one?

Chwilę wstrzymujemy się w mieście każdym i w każdej wiosce,
Przerzynamy Kanadę, Północo-Wschód, rozległą dolinę Mississipi, oraz Stany Południa,
Ważąc je sobie jednako, podchodzimy do każdego ze Stanów,
Samych siebie wystawiamy na próbę i mężczyzn oraz kobiety zapraszamy, by usłyszeli wezwanie,
Do siebie to powiadamy: zapamiętaj, nie lękaj się, szczery bądź, jawnie głoś ciało i duszę,
Wstrzymaj się chwilę i nadal stąpaj swą drogą, bądź szczodry, powściągliwy, dziewiczy, jak magnes pociągający,
I niechaj to, co roztrwonisz, wraca w następstwie, jak pory roku wracają,
I obyś takim być zdołał, jak one.
Walt Whitman, Objazdem na przełaj Stanów