poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O leczeniu I

"Spotkanie z chorym, rozmowa, anamneza, badanie - zanurzają lekarza w świat sygnałów. Śle je organizm człowieka chorego. Lekarz musi rozwinąć w sobie szczególny rodzaj wrażliwości, aby te sygnały nie przeszły obok, lecz trafiły w niego. Wówczas - w jednej chwili - mogą złożyć się w konstelację objawów, które odczyta on jako rozpoznanie choroby.
Ta konstelacja objawów jest jak konstelacja gwiazd na niebie, wskazująca żeglarzowi drogę do portu. Określa położenie na mapie. Rozprasza mrok, ucisza niepewność. To tak jak we śnie, gdy ktoś obcy, nieznajomy, kto śni się nam przez pół nocy, nagle, w jednej chwili, okazuje się kimś dobrze znanym, bliskim. Ta chwila, ten błysk zmiany nieznanego w znane - to właśnie jest rozpoznanie."
Andrzej Szczeklik, Katharsis
Wracam pamięcią do minionej sesji zimowej, która była wyjątkowo pracowita. Uczyłem się wówczas na egzamin z pediatrii, aż w pewnym momencie zrobiłem sobie "przerwę" na ginekologię. Widząc różne zagadnienia, jeszcze nie tak dawno obce i trudne, witałem je z uśmiechem, niczym starych przyjaciół na wiosennym spacerze...
Chyba właśnie taki jest cel moich studiów, mojej nauki: żeby pewnego dnia w kontakcie oko w oko z chorobą powiedzieć sobie w duchu: "znowu się spotykamy" i przystąpić do działania.
Lekarz nie ma szans rozpoznać choroby, o której nigdy nie słyszał.

środa, 6 kwietnia 2016

O tajemnicy

- Zdradź mi proszę swoją tajemnicę.
- Nie mogę.
- Dlaczego? Dlaczego nie chcesz?
- Popatrz: znasz mnie już od pewnego czasu i wiesz, że moje oczy są zielone - nie jest to dla ciebie żadna tajemnica. Gdybyśmy jednak nigdy się nie spotkali, a moim sekretem było właśnie to, że mam oczy w kolorze zielonym, straciłabyś całe zainteresowanie moją osobą - przecież poznałaś już mą tajemnicę! Tymczasem, kiedy nie zamierzam ci jej wyjawić, zaczniesz bacznie mi się przyglądać, obserwować mój wygląd i zachowanie, aż w poznaniu odnajdziesz znacznie więcej, niż gdybym po prostu powiedział ci to, o co mnie prosisz.
- Rozumiem. W takim razie muszę ci coś powiedzieć.
- Tak?
- Ja też mam swoją tajemnicę.

piątek, 1 kwietnia 2016

O czynieniu dobra

"Gest św. Franciszka, który z umiłowania ubóstwa oddaje ojcu swe ubranie, jest niepowtarzalny, a jednak daje świadectwo czemuś, co jest uniwersalne. Podobnie krok o. Kolbego, który zaprowadził go do celi śmierci za towarzysza z obozowego szeregu. Na próżno staralibyśmy się wyprowadzać ich czyny z »zasad ogólnych«. Na próżno staralibyśmy się »uzasadnić« je »racjami rozumu«. Są one wolnym i odsłaniającym świadczeniem czemuś, co jest wartością samo dla siebie. Ich »etos« bije w nas, mimo woli poddajemy się jego przekształcającemu urokowi, podobnie jak poddajemy się urokowi dzieła sztuki, którego konwencji twórczych nie znamy."
ks. Józef Tischner, Miłość nas rozumie

Ludzie są skłonni czynić dobro. Gdy wiedzą, co należy zrobić - potrzebują tylko przykładu, iskry z zewnątrz do działania. Bo boją się być tymi pierwszymi, inicjatorami. 
Boją się braku akceptacji dla swej inicjatywy i odpowiedzialności pojawiającej się w związku z wyłamaniem się z biernego szeregu. Czują lęk przed wyśmianiem, wobec bycia "na świeczniku".
Mówi się, że największym tchórzostwem jest wiedzieć dokładnie, co należy zrobić, i nie robić tego.
Walczmy.

piątek, 15 stycznia 2016

O pomaganiu

"Jeżeli za­bałaga­nione biur­ko jest oz­naką za­bałaga­nione­go umysłu, oz­naką cze­go jest pus­te biur­ko?" - to słowa wielkiego fizyka, Alberta Einsteina. Moje biurko zawsze było, jest i będzie dalekie od stanu pustości, niemniej jednak nadchodzi taki punkt krytyczny jego "obłożenia", że wypada trochę posprzątać. Nadszedł weekend, więc z odrobiną sił i chęci, przy dobrej muzyce w głośnikach, postanowiłem to uczynić.
Z niemalże paleontologicznym zacięciem zabrałem się do dzieła, odgrzebując górne pokłady kartek, zeszytów, książek, przyborów do pisania, komputerowego hardware'u i innych drobiazgów. Jedną z rzeczy "do zrobienia w niedalekiej przyszłości" było wycięcie pozostałego z niedawnego, 24. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pakietu naklejek-serduszek. Jako nieco już doświadczony wolontariusz (był to mój 12. finał z puszką) zwykłem przygotowywać się przed wyruszeniem na akcję - w tym wypadku postanowiłem powycinać serca na świeżo, aby zaoszczędzić czas i, mam nadzieję, za niecały rok być wdzięcznym samemu sobie z przeszłości. "Zrób dzisiaj, co masz zrobić jutro." No, to do dzieła!

Wycinam, wycinam i myślę sobie:
Niecały tydzień temu już po raz dwunasty wziąłem puszkę fundacji i wyruszyłem na miasto. Ludzie wrzucali do puszki pieniądze, każdy wedle własnej majętności i dobrej woli, a ja wręczałem im w zamian czerwone naklejki-serca; bywało, że ktoś nie chciał naklejki, bo już taką miał. "Niech zostanie dla kogoś następnego" - i uśmiech. W zasadzie nieodłączny uśmiech na twarzach kwestujących i wspierających, bo ten jeden dzień w roku jest w ogóle jakiś wyjątkowy. Ile radości, ile prostych gestów solidarności, ile interakcji z nieznajomymi przechodniami! Niech różni mądrzy i "mądrzy" ludzie mówią, co chcą, ale moim zdaniem Jurek Owsiak rozkręcił niesamowitą, energiczną inicjatywę, z której my, Polacy, możemy być dumni w swoim kraju, jak i zagranicą. Żeby realnie pomagać, nie potrzeba wielkiego i żmudnego wysiłku - drobnym gestem, datkiem, pracą rąk jesteśmy w stanie wspólnie wspierać leczenie i opiekę tych, którzy dostępu do profesjonalnej opieki zdrowotnej najbardziej potrzebują.
Wycinam naklejki-serca i teraz naprawdę doceniam wartość każdego z tych niewielkich czerwonych symboli nadrukowanych na samoprzylepnym papierze.
Za rok mam nadzieję zaangażować się w mój trzynasty finał WOŚP, a tymczasem życzę z całego serca Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, aby naprawdę grała do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Siema!

środa, 6 stycznia 2016

O romantycznej nauce

Spytałem kiedyś Łurię, co uważa za najbardziej interesującą rzecz na świecie. Odpowiedział: "Nie potrafię wyrazić tego jednym słowem, muszę użyć dwóch. Musiałbym powiedzieć »romantyczna nauka«. Nadzieją mojego życia było znalezienie albo odnalezienie romantycznej nauki". Myślę, że moja własna odpowiedź byłaby dokładnie taka sama, a szczególna radość, której doznałem, pracując z moimi postencefalitycznymi pacjentami przez ostatnie piętnaście lat, była rezultatem połączenia naukowych i "romanycznych" penetracji, wynikała z pełnego zaangażowania serca i umysłu. Każda inna postawa byłaby postępowaniem bądź przeciw umysłowi, bądź przeciw sercu.
W młodości byłem rozdarty pomiędzy dwoma pasjonującymi i sprzecznymi zainteresowaniami i ambicjami - śledzeniem nauki i śledzeniem sztuki. Nie znalazłem żadnego rozwiązania dopóty, dopóki nie zostałem lekarzem. Myślę, że wszyscy lekarze cieszą się równie dużym szczęściem, w tym sensie, że mogą znaleźć pełną realizację w obu aspektach swoich natur i nigdy nie muszą tłumić jednego, aby faworyzować drugi.
Oliver Sacks, Przebudzenia

środa, 30 grudnia 2015

O przygodach

Kiedy stary rok dobiega końca, a niebawem przyjdzie oswoić się z nowym, zaczynam szczególnie intensywnie wspominać przygody ostatnich 365 dni...

Początek stycznia. Srogi wiatr i pięć minut dobrej pogody na szczycie Babiej Góry. Potem zejście w strugach deszczu, nocleg pod namiotem na Słowacji, blok bigosu i kolędy śpiewane na pokrzepienie. Od rana marsz w zamarzniętych zbrojach z kurtek i żywienie samą czekoladą - wieczorem zasłużony wypoczynek w ciepłej chacie studenckiej.
I drugi raz w górach: śnieżnobiały zimowy Beskid Żywiecki oglądany w samotnej wędrówce. Cel: spotkanie z drużyną na Zagroniu.

Luty wspominam jako okres intensywnej pracy i nauki - nie tylko przedmiotów medycznych, ale również nawigacji terestrycznej i zliczeniowej, locji morskiej i lektury orzeczeń Izby Morskiej. Zapach żywicy epoksydowej z hangaru, gdzie powstają czółna. Śnieg padający nad ranem na twarz przez otwarte wiatrem okno, gdy przyjaciele zmagają się z podmuchem zimy w nie aż tak dalekich górach.

Marzec - przyroda budzi się do życia i zmienia barwy; ja też zmieniam barwy wraz z nią. To czas zbioru owoców pracy instruktorskiej: od teraz mundur "skauta morza", na mundurze - zielona lilijka i podkładka pod Krzyżem Harcerskim. Marzec to także podsumowanie i zakończenie przygody kursu podharcmistrzowskiego, to dwa niepozorne drewienka na mojej szyi, które są cenniejsze, niż jakakolwiek srebrna czy złota przypinka. Spotkania, i ludzie, wspomnienia i przeżycia..!

W kwietniu dane mi było po raz kolejny zobaczyć góry w jednodniowej wędrówce po Beskidzie Małym ze wspaniałymi ludźmi, których chyba nadal znam ciągle za mało... Służba na harcerskich regatach - twarda, wszak wszystko musi być jak w Marynarce!

Rowerowe eskapady na rozpoczęcie sezonu jeszcze nigdy nie sięgnęły zenitu, jak na przełomie kwietnia i maja - rowerowa majówka i hasło, że zawsze można pójść o krok dalej, bo ciekawość, co znajduje się za następnym rogiem, za kolejnym zakrętem, jest niezaspokojona. Rudy Raciborskie, Stodoły, Zalew Rybnicki i trudne ostatnie kilometry. 
Tydzień później mijamy Górki Zachodnie w weekendowym rejsie zatokowym. Postój w helskim porcie, wsparcie szantymena w tawernie u Morgana, spacer po półwyspie i zawody wytrzymałościowe w jeszcze zimnej morskiej wodzie. Noc na morzu w dryfie, szkwały i przechyły, długa wachta aż po świt. Spotkanie ze Zjawą niespełnionej miłości w gdyńskim porcie.

Czerwcowa kulminacja przygód na morzu. Co tam sesja: to przecież egzamin na jachtowych sterników morskich! Chwile zagubienia i zwątpienia, manewry, wspólne rycie teorii żeglowania i niekończące się rozmowy w kubryku. Wypad po godzinach na trzebieską riwierę, powroty z morza w rytm Queen i Depeche Mode. Życie, nierealne życie Kubańskiej Wolności. Stres i porażki - i wielki zespołowy sukces, i wizyta na cmentarzysku polskiego żeglarstwa, i długi powrót do domu. A mieliśmy uprowadzić jacht na duńskie wyspy...
Na deser miesiąca koncert oczekiwany od kilku dobrych lat, jakże dobry..!

Lipcowy ciepły, choć wietrzny dzień i trzech śmiałków wyruszających na spływ pontonowy. Trasa pozornie pospolita, ale bardzo malownicza: Kłodnica - Odra - Kanał Gliwicki. Ukryte piękno brudnej rzeki, walka z cofką, przenoska i żeglowanie z użyciem koca ratowniczego. Zejście na ląd, na ziemię. Sprawy służbowe, dużo spraw, szefie, do załatwienia.
Twarda służba przynosi owoce. Harcerska praca, życie w lesie skutkują krzepkością rąk i nóg, zdrową opalenizną, szczerą radością wymalowaną na twarzy. Nierówne starcie żeglarskich umiejętności ze sprzętem i kawalkada przypałów nie były w stanie tego przyćmić. Trzy harcerskie watry łączące ludzi w kręgu ognia na dobre i na złe. Nieskończona wzajemność oddziaływań, którą już zabiorę ze sobą wszędzie, choćbym szedł bez plecaka. A przecież prawdziwa przygoda z Metodą dopiero się zacznie...

Co za upał był w tym sierpniu! Jeden wielki, zlany gorącem i parujący potem upał. To miesiąc pracy na dwa fronty: ostatnie praktyki wakacyjne w szpitalach, praca w przystani motorowodnej. Wspaniali ludzie, nowe umiejętności i doświadczenia. Dużo roweru = dobrze. Kolejne powroty - tym razem salwowanie się ucieczką od gorąca na gliwickie kąpielisko, po kilkunastu latach rozłąki. No i towarzystwa nie zamieniłbym na żadne inne.

Jak to? Czy do tej pory robiłem wszystko źle..? Nie, ale może być jeszcze lepiej - to wrześniowe zanurzenie w metodzie harcerskiej, to poranne pływanie w Jeziorze Lucieńskim, to moc siły ciała, siły rozumu i siły ducha; poddawane naprężeniom. Wyjście ze strefy komfortu = rozwój. To takie proste. Las, las, las, ludzie i mnóstwo myśli. Przeżycie, które smakuję i trawię do dziś.
We wrześniu wraz ze wspaniałą żeglarką, najdroższą mi osobą, opłynąłem Jezioro Turawskie. Spacery w lesie, rozmowy. I jaki spokój.

Wzajemność oddziaływań atakuje ze zdwojoną siłą w październiku za sprawą kursu przewodnikowskiego, w komendzie którego miałem przyjemność się znaleźć. Tyle pomysłów, ilu nas tam było, wiedza i kuźnia doświadczeń. Jestem pewien, że wszyscy wyjechaliśmy nie tylko bardziej zmęczeni, ale i mądrzejsi. Ośrodek w Łączy nigdy nie wydawał mi się taki piękny.

Trudne, ale pouczające spotkanie z Człowiekiem w szpitalu psychiatrycznym. Trudno przestać zastanawiać się nad rozwiązaniem zagadki,  trudno przestać myśleć nad kruchością ludzkiego umysłu...
Zimny i wietrzny listopadowy dzień, a ja stoję okutany w pałatkę na środku mostu na Wiśle w Płocku i wpatruję się w fale. Jestem przecież Strażnikiem Mostu i oczekuję wędrowców, którzy są godni otrzymania Świętego Graala Harcerstwa! Za chwilę ogrzeję się w ciepłym pomieszczeniu, i ponownie zobaczę ludzi, których znam tak krótko, a z którymi zdążyłem się tak bardzo zżyć. Weekend tak intensywny, że wrażeń starczyłoby na cały miesiąc. Przygody, przygody, przygody daleko poza strefą komfortu. To wiatr czy radość wyciska łzy podczas pierwszego lotu samolotem? I kajaki w listopadzie... Dużo wyzwań, moc wrażeń, idealny rozruch przed twardą pracą na nowym polu służby. Srebrny sznur bywa ciężki - ale ile sił daje, nie sposób wypowiedzieć.

Wschód słońca na Baraniej Górze w grudniu? Jasne! Nocne marsze, autostopowe zaskoczenia, wczesna pobudka, chmura na oblodzonej wieży - mizerna widoczność. Kolejne etapy wędrówki jak kolejne etapy gry. Przeładowanie tekstury; chmura znikająca w mgnienie oka i cudne ostre rysy Tatr na zimowym niebie. Orzech kokosowy rozbity o lód i zejścia bardziej uciążliwe, niż suma podejść.
Zauważaliśmy Człowieka - to piękne. W miejsca smutne i pozbawione nadziei Światło Betlejemskie wniosło dużo radości. Moja rodzina chyba nigdy nie miała jeszcze okazji, by aż tyle kolędować. Muzyka zapewniła uśmiech na twarzy, podstawę dialogu, zachęcała do wspomnień. Wiem już, że to ważne, aby odkryć, co naprawdę umie się robić - a potem poszukiwać, jak wykorzystać tę umiejętność, by czynić świat coraz lepszym. Takie Święta w nas mogą trwać cały rok.
I jeszcze wyjazd właściwie służbowy, ale radosny i tchnący nadzieją na pomyślną realizację przyszłorocznych planów harcerskich. Góry, nawet napotkane przelotnie, mają w sobie wyjątkową moc.

Teraz, kiedy szczególnie intensywnie wspominam wydarzenia mijającego roku, życzę sobie i Tobie, Drogi Czytelniku, wielu niezapomnianych przygód w 2016 roku.
Za Terrym Pratchetem pragnę powtórzyć: "obyś żył w ciekawych czasach".

O dezintegracji

Ginę, rozpadam się. Każdej części mojego, każdemu mojemu celowi oddaję cząstkę siebie, poświęcam je, aż w końcu mnie nie ma. Czuję, że ani pół tchnienia nie jest już moje, nie mnie się należy. Czy można zejść z raz obranego szlaku, zawrócić, obejrzeć się i nie stać się słupem soli? Jest jakaś ucieczka? Daj mi sen, słodki sen mi daj. I zapomnienie.